Bo takie były szczytne zamiary, przynajmniej oficjalne, żeby wprowadzić religię do szkół.
Miała być albo jako pierwsza albo jako ostatnia godzina zajęć. Miała być do wyboru etyka - realnie, a nie na niby.
Religia miała bardziej przypominać religioznawstwo, czyli dawać w miarę obiektywny obraz współczesnych wyznań, przynajmniej tych o większym zasięgu, a nie jednostronną religię katolicką.
Religię mieli nieodpłatnie prowadzić księża (niekoniecznie katoliccy).....itd. To są historie sprzed 20 lat, ale ja je pamiętam doskonale.
Te zajęcia miały prowadzić do ogólnie pojętego rozwoju młodzieży i poszerzenia wiedzy w tym zakresie. Tymczasem temat innych religii i wyznań jest tabu, ewentualne nawiązania nigdy nie są w sensie pozytywnym. W zasadzie mnie to nie dziwi, bo potrząc z drugiej strony jest dokładnie tak samo, może niekiedy nawet gorzej.
Tak się czasami zastanawiam - czemu kryterium wyznania jest wystarczającym do dzielenia ludzi na tych dobrych swoich i na tych innych gorszych? Nie mówcie mi, że tak nie jest, bo akurat mam doskonałą możliwość przyglądania się temu zjawisku. Może jestem i głupi, ale ja nigdy nie zgodzę się na takie podziały...tylko jak to wytłumaczyć tym "bardzo wierzącym", by samemu nie zostać wyklętym?
Gdzie ten cały ekumenizm, który całkiem dobrze się ma na wyższych szczeblach chierarchii kościelnej, a którego nie uświadczysz na dole? Księża różnych wyznań spotykaja się (oficjalnie i nieoficjalnie), ba - nawet są dobrymi znajomymi czy wręcz kolegami. Doskonale dogadują się w żywotnych dla nich kwestiach. Tymczasem zwykli wierni o tym w ogóle nie wiedzą, albo tyle co nic. Dlaczego?
Chyba za dużo się rozpisałem, ale takich kwestii jest więcej, nie tylko ta jedna, krzyża na ścianach...który w zasadzie nikomu nie wadzi, ale jest świetną okazją do kłótni i swarów. Komu to naprawdę jest potrzebne?