Chyba jednak mam, bo moja Mama pracuje w urzędzie państwowym wiele lat.
Już o tym pisałem nie będę sie powtarzał. Problemów z obsadą stanowisk rzeczywiście nie ma, skoro młodzi ludzie po studiach wydrapali by sobie oczy za posadę 800zł miesięcznie (z cyklu "witaj w polsce B").
Co do tego "ślitaśnego" wyglądu to nie jest tak do końca. Może na wysokich stanowiskach wszystko jest bezmyślne (też mam takie wrażenie), ale na tych niższych wszystko jest kontrolowane i za błedy szarak dostaje "po dupie" i nikt go nie kryje, a roboty jest masa.
I jeszcze petenci-półgłówki którzy myślą że pozjadali wszystkie rozumy i są "wielkie państwo", a tak kombinują że w papierach mają po prostu burdel i nie wiadomo co z tym zrobić.

.
Troche zboczyłem z tematu, ale jeżeli chodzi o przyrost liczby urzędników to jestem zdziwiony, bo tendencja jest raczej taka żeby wywalić lub zmusić do odejścia kogo sie da (wśród szaraczków oczywiście). To pewnie sami dyrektorzy zostaną

. Z resztą jak wszędzie, bo w firmie z którą współpracuję też czasem mam wrażenie że więcej jest dyrektorów niż pracowników (sami pracownicy się z tego śmieją).
Przypomina mi się taki śmieszny obrazek, gdzie jeden pan pracuje łopatą a nad nim stoi dziesięciu w garniturach, którzy dyskutują i tym procesem zarządzają. I chyba taka jest tendencja - rozbudowuje się górę (być może też na podstawie powiązań rodzinnych, bo przecież to dobrze płatne posady), a na dole się oszczędza i poprzez "zwiększenie efektywności" i "zaciskanie pasa" chce sie robić lepsze wyniki.