Odnosząc się do pierwszego akapitu: nie wiem czy dobrze rozumiem, ale jesteś za brakiem rewolucji i po prostu przestrzeganiem obecnego prawa pracy, ewentualnie z drobnymi zmianami?
Serio nie chcę Tobie łatek przypinać, ale jest to nomen omen pogląd zbieżny z poglądami moich mocno lewicowych kolegów. Rozumiem ich logikę i jak już napisałem ten nasz Kodeks pracy uważam za perfekcyjny - ale uważam, że obecnie nierealny do zastosowania. To się wymknie każdej kontroli, a nawet jeśli da radę, to gospodarkę zamrozimy, bo nas na to nie stać. Tutaj się nie zgadzamy, jeśli dobrze Ciebie zrozumiałem.
Co do podatku dochodowego z tytułu działalności gosp., to zgadzam się z Gwiazdowskim z Centrum Adama Smitha, który od lat mniej więcej twierdzi, że sposób naliczania tego podatku jest absurdalny i generuje więcej kosztów u przedsiębiorców niż wpływa do budżetu. Przedsiębiorcy mnóstwo energii wkładają w jego zbilansowanie, aby nie płacić, a po co - napędzanie koniunktury to jest funkcja podatku VAT. Podatki powinny być proste, łatwe do wyliczenia: roczny bilans podatku dochodowego to absurd.
Natomiast od pracowników pobierałbym jednak podatek dochodowy: od wszystkich ten sam, niewielki procent. Stawki progresywne wydają mi się po prostu karaniem za zbyt wysokie zarobki, zachęcaniem do ucieczki, z czym bogaci sobie poradzą. Nie wierzę też, że progresją zlikwidujemy zbyt duże rozwarstwienie społeczne, co zdaje się ma być funkcją podatku progresywnego.
Podatek dochodowy od etatowców w pewien sposób dubluje VAT, owszem. Ale ludzie wbrew pozorom lubią płacić sprawiedliwe, niskie, bezpośrednie podatki. Czują się w ten sposób gospodarzami całego tego interesu, naszego państwa. Chciałbym też, aby to było jawne, kto ile zapłacił, jak kiedyś w Szwecji.
Co do płacy minimalnej, od zawsze jestem zdecydowanie przeciwny. Uważam, że jest to psychologiczna zachęta do określenia "jak mało mogę zapłacić pracownikowi". Tylko tyle i aż tyle.
Dużo nasmarowaliśmy, zbliżajmy się do finiszu