Zainspirował mnie minifelieton na który przypadkiem natrafiłem.
Cytat:
***8222;Kiedyś to były gry, nie to co teraz***8221;. Wspominając tytuły sprzed lat zapominamy, że często tak naprawdę nie myślimy o konkretnych produkcjach, rozwiązaniach czy elementach, które dawniej były standardem, a z czasem zaginęły. Tak naprawdę na ogół nie porównujemy nawet konkretnych gier z ich współczesnymi odpowiednikami. Porównujemy nasze wspomnienia z nich, nasze odczucia, nawet nie te prawdziwe, ale te, które zapamiętaliśmy. Nie samą rozgrywkę, nawet nie emocje towarzyszące zabawie, ale już jedynie wspomnienia emocji, przez lata całkowicie zniekształcone. Prawie w ogóle nie pamiętam jak właściwie grało się w Bruce***8217;a Lee. Był kiedyś mały Dominik, któremu samo to, że po ekranie biegały ludziki, dawało olbrzymią frajdę. Pamiętam tą frajdę. Ale odczuwał ją ktoś inny, w zupełnie innych czasach, innym miejscu i innym kontekście.
Te odczucia są w nas na tyle silne, że nawet współczesne zagranie w stare przeboje nie potrafi zdjąć nam klapek z oczu. Uruchamiam więc takiego Bruce***8217;a Lee, gram 5 minut i myślę ***8222;tak, dobrze to zapamiętałem***8221;. I oczywiście odkładam, bo w to się grać nie da, ale nie dociera to do mnie. Jeżeli chodzi o fałszowanie wspomnień, to nasz mózg nie ma sobie równych.
A stare gry wcale nie były lepsze od współczesnych, nie z zasady. Stare rozwiązania nie były bardziej pomysłowe i innowacyjne. Tak się tylko dzieje, że zapamiętaliśmy jedynie te dobre, jedynie te innowacyjne, a przez lata ich jakość i innowacyjność jeszcze w naszych głowach urosła. Czas się zmierzyć z fałszywymi wspomnieniami! Oto moja prywatna próba obalenia najpopularniejszych mitów, dotyczących jakości współczesnych gier w porównaniu z klasykami sprzed lat.
|
http://gry.wp.pl/galeria/kiedys-gry-...,179979/1.html
I dalej autor wypisuje dziewięć - jego zdaniem - mitów dotyczących gier sprzed lat. Nie ukrywam, że z większością z jego tez zasadniczo muszę się zgodzić. Nie ze wszystkimi i nie do końca, ale jednak rzeczywiście samemu zdarza mi się nadmiernie chwalić starsze tytuły, gdy tymczasem po zastanowieniu się uwidaczniają się ich słabości.
Od razu przyszła mi do głowy seria GTA, którą w komplecie kupiłem pół roku temu z myślą przejścia jeszcze raz od początku. Zacząłem od pierwszej części i po dwóch godzinach dałem sobie spokój - po prostu mi się nie chciało. Zostawiłem na później, pewnie kiedyś jeszcze pogram. Dwójkę z powodu podobieństwa pominąłem, Przez te sześć miesięcy ledwie udało mi się przejść 40% trójki (z raz w tygodniu albo i rzadziej na 2-3 godzinki przysiadam), ale z dużą przyjemnością. A najlepsze jest to, że jedynkę pamiętałem jako coś niesamowitego, trójkę jako grę przełomową i bardzo klimatyczną, ale już nie tak jak jedynka, a teraz postrzegam to na odwrót. Na dodatek już mam ochotę przejść do kolejnych części bo dobrze pamiętam, że każda rzeczywiście przynosiła coś nowego i w gruncie rzeczy istotnie była lepsza niż poprzednie. W czwórkę grałem rzecz jasna najpóźniej po raz pierwszy (a była to jedna z dwóch gier w życiu, które zakupiłem od razu po premierze, nie czekając aż stanieją) i jeszcze mi się nie zatarła w pamięci - muszę przyznać, że mimo pewnych niedociągnięć oraz niesmaku, że mój komp nie mógł wówczas jej podołać, była jednak najlepszą częścią serii, o włos bijąc w mojej ocenie GTA: SA.
Z jednym tylko całkowicie nie zgadzam się z autorem linkowanego materiału - nowe gry są zwykle coraz krótsze (z nielicznymi wyjątkami) i tu nie ma wytłumaczenia (autor tłumaczyć próbuje).