|
Mity, mity...
Tak, doskonale pamiętam, jak godzinami pogrywałem w StarQuake'a na AtariST z fantastycznie rozbudowanym labiryntem i wymagającą niezłej zręczności. Pamiętam, że dla pierwszego Doom'a kleciliśmy na Novellu siatkę IPX/SPX w robocie i rżnęliśmy aż miło po godzinach. Pamiętam, że dla Shadows od the Empire kupiłem pierwszego 3dfx i SoundBlaster'a. Pamiętam... Tak, to były gry.
Ale czy ulegam tym mitom? Raczej nie... Mile wspominam tamte czasy, tamte gry, ale gdy siwizna pojawia się na skroniach myśli się już trochę o czymś innym niż o przechodzeniu kolejnych etapów w kolejnych grach. Owszem, czasami dla odprężenia coś się włączy, ale raczej to jakieś proste przerywniki na 5-10 minut, typu jakiś Angry Birds, a nie angażowanie się przez jakieś etapy wielopoziomowych rozgrywek. A bez zaangażowania trudno ocenić współczesne produkcje. Pooglądam tylko przez chwilę synowi/córce przez ramię, że rzeczywiście nieźle się prezentują i tyle, więc nie mogę porównać grywalności.
Chociaż z tym czasem gry się zgadzam - pamiętam, że ciąłem w gierki po kilka dni, żeby przejść całość, a teraz syn non-stop narzeka, że nie ma w co grać, bo wszystkie tytuły pokończył już na 10 różnych sposobów. Pierwszym NFSem cieszyłem się kilka tygodni, a ostatniego syn skończył w 4-5 godzin i słyszę tylko "kup mi jakąś nową". A nowych niet...
|