Nowy Bioshock, osadzony dla odmiany nie w podwodnym Rapture a podniebnej Colambia'i. Podobno "najlepszy FPS ever", serwisy branżowe prześcigają się w wystawianiu 10/10, orgazmach na sam dźwięk słowa bajoszok etc. etc. A dla mnie to typowy średniak, który nie dorasta do pięt protoplaście. Albo ktoś tu wyłożył sporo kapusty na łapówki dla recenzentów, albo mnie trudno już zadowolić.
Początek nudny, historia też nie jest jakaś nadzwyczajna (jeszcze nie skończyłem gry, ale o tym za chwilę), sporo aluzji do naszej zachodniej kultury, brakuje charyzmatycznych postaci-bossów, brak możliwości save'a w dowolnym momencie gry, plazmidy (tutaj vigory) prawie takie same jak w B/B2, doszło sporo broni (znacznie osłabionych w stosunku do jedynki), szukania znajdziek (znowu bez ich rejestru...), level design znacznie słabszy, grafika na PS3 zadowalająca, ścieżka dźwiękowa taka sama jak w jedynce, klimat w zasadzie też taki sam, no nijak nie mogę doszukać się tutaj dychy.
Zacząłem grać na hardzie, który jak to zwykle bywa powinien nazywać się easy. Czy aby na pewno? Przynajmniej do 3/4 gry tak... Utknąłem (!) na walce z
żoną cUmstocka. Pomijając już sam absurd ducha w tym uniwersum, spawnuje cholernie mocnych przeciwników - w nieskończoność. Sama też bardzo szybko potrafi zabić. Z przeciwników można podnieść rzeczy tylko raz, po śmierci Bookera cały jej pasek się odnawia, przeciwnicy zostawiają tylko machine guny które do niczego się nie nadają, wzięte apteczki nie spawnują się razem z bohaterem, nie ma czym uzupełnić zasobów a Eliza rzadko (w tym przypadku za rzadko) rzuca nam fanty, nie ma nawet za co kupić aptek/amunicji bo za każdą śmierć zabierają 50 srebrników.. W jednej chwili balans gry spadł na MORDĘ poniżej depresji na Żuławach. A mi ochota na granie...