Ostatnio u znajomej zjadłem - pierwszy raz w życiu - pierogi ruskie z ciastem zrobionym również z ziemniaków. Idea polega na zrobieniu ciasta z kartofli - w połowie z ugotowanych i przetartych jak na farsz, a w połowie startych na surowo, jak na placki. "Trzeba tylko pamiętać, żeby dobrze odcisnąć te drugie, bo jak nie to trzeba jeszcze dodać trochę mąki ziemniaczanej" - mówiła Ula. A pierogi były absolutnie przepyszne.
Tak mi zasmakowały, że wczoraj wieczorem zabrałem się za takie same.
Zrobiłem farsz, przygotowałem gotowane ziemniaki na ciasto i starłem te surowe. Zabrałem się za odciskanie i odlewanie wody ze startych. Za mocno się nie męczyłem, bo przecież trochę wody ciasto mieć musi, a przecież w razie czego mam w domu trochę mąki ziemniaczanej, czyż nie?
Po ugnieceniu ciasta okazało się, że chyba jest odrobinkę za rzadkie. Umyłem ręce i sięgnąłem do szafki z mąkami, kaszami itp, wyciągając 1/3 opakowania ziemniaczanej. Wsypałem pół. Ugniotłem. A następnie wsypałem drugie pół. A potem umyłem ręce i wyciągnąłem z szafki jeszcze nieotwarty kilogram, a potem wsypując i ugniatając na zmianę zużyłem cały.
Ciasto okazało się odrobinę za rzadkie. Dla chcącego nic trudnego; co prawda ziemniaczanej już nie było, ale od czego jest stara poczciwa mąka tortowa? Tej akurat pozaczynanej z różnych ciast ("wsyp 3 szklanki mąki, z czwartą zrób co chcesz") zawsze w szafce jest pod dostatkiem. Umyłem ręce i sięgnąłem po 1/4 paczki z szafki. A potem po 1/3, już bez mycia rąk, bo przecież to końcówka, mogę pobrudzić. A potem po kolejną końcówkę.
Ciasto było odrobinę za miękkie. W międzyczasie zdjąłem koszulkę i uchyliłem lekko okno. Oddychałem już nieco ciężej niż zwykle, ale przecież w ciągu swojego życia nosiłem już tony węgla do piwnicy, biegałem półmaratony - czymże jest ugniatanie ciasta. Umyłem ręce, bo została już tylko pełna paczka mąki tortowej. A przecież nie zużyję nawet 1/4, więc nie mogę pobrudzić opakowania.
Kiedy już zużyłem 2/3 kg zimny pot lał mi się po plecach, a na oczy uparcie zachodziły włosy, które kiedy zaczynałem nie sięgały nawet do połowy czoła. Ciasto było odrobinę za miękkie, ale byłem zdesperowany zużyć tyle mąki, ile tylko będzie trzeba żeby stało się dobre. Czyli tę 1/3 paczki przede mną, bo tyle miałem. A potem całą bułkę tartą, jeśli będzie trzeba. I sól. I proszek do udrażniania rur.
Na szczęście po jeszcze ociupince mąki ciasto zrobiło się cudownie właściwe w konsystencji. O dziwo, wciąż zachowało ciemny, pochodzący od ziemniaków kolor, choć zgodnie ze wszelką logiką powinno być śnieżnobiałe. Nie pozostało mi nic innego niż wyłączyć światło w kuchni (po co marnować, skoro za oknem jest jasno?) i zabrać się za lepienie.
Ponownie o dziwo - pierogi wyszły niczego sobie! Brakuje im sporo do oryginałów Uli ("lekko nie takich jak trzeba, nie odcisnęłam za dobrze ziemniaków i musiałam dodać trochę ziemniaczanej"), ale i tak są smaczniejsze niż większość "zwykłych" ruskich jakie jadłem