Pojechałem rano rowerem na rehabilitację, po zabiegach, które poszły bez czekania, poćwiczyłem na sali gimnastycznej, no i musiałem pójść do doktorka, bo turnus się kończy. Doktorek przyjmował od 12:30, a na sikorze dopiero po dziewiątej 8 minut, no to wymyśliłem, że gdzieś się przejadę. Jak ruszyłem, to wymyśliłem, że na starówce dobre lody dają, to sobie kulkę zjem i pogapię się z
Góry Gnojnej na Wisłę, lód był dobry jak zawsze, ale dzieciaki z wycieczek szkolnych mordy darły, więc się wyniosłem, zjechałem na dół i wymyśliłem, że na rowerze jeszcze nie pokonałem nigdy nowego mostu, no to pojechałem, przez przeklętą Białołękę przedarłem się do cywilizacji, po drodze zobaczyłem, że na FSO nadal szyld wisi, zajechałem do szpitala, odsiedziałem w kolejce godzinę i wróciłem. 51 kilometrów i 300 metrów wyszło, nie specjalnie to czuję, bardziej czuję, że czapki nie miałem, mogę zawstydzić buraka.