Tom się spalił i spękał, a to było wodą na młyn Cartera. Nie przypominał siebie z meczu z Lisowskim. Za to Carter naprawdę świetnie zagrał, wychodziło mu prawie wszystko.
Zacząłem oglądać od stanu 4:3, coś musiało mu się zaciąć wcześniej, a potem już był zgaszony.
No to jeszcze jeden żywczyk