Wróciłem z małego miasteczka niedaleko Warszawy, słynącego z wyrobów mięsnych. Kolejna podpowiedź, w czasie wojny nazywano je Prosiakowem. Kto zgadł?
Znowu przywiozłem zacne kabanosy robione po bożemu, są trochę podsuszone i już pyszne, jak się wysuszą porządnie, to nie ma słowa, żeby ich dobroć opisać.
No więc 100 w literatce, kabanosy na zagrychę, a lemoniada na zepsucie sobie smaku.