Mieliśmy skończyć pracę o 23:00, tak stało jak wół w planie pracy napisane... o 23:00, to zmienił się kierownik, bo ten pierwszy też w to uwierzył.

O 3:07 odjechałem, bo ten drugi kierownik zerwał się ze 30 minut wcześniej, prosząc nas, żebyśmy zwijki do końca dopilnowali. Ponieważ akcja działa się poza miastem stołecznym, to i oto jestem, wyszorowany, przebrany w starą koszulkę, bo w takich najlepiej się śpi, no i nasmarowany dwoma drynkami.
Mam jeszcze zamiar zapodać Łomżę z flaszki.
A tak poza tym, to na dzikich polach złapał taki przymrozek, że trzeba było skrobać szyby, ale to nic, zamarzły też od środka. Odpaliłem 15 minut przed odjazdem, coś to dało... Muszę oduczyć się jeżdżenia z dmuchawą na jedynkę, niech szumi, ale niech suszy grata w środku.