Linuksiarze wieszczą to od trzydziestu lat, ale tak sobie myślę że w końcu się doczekają i Majkrosoft zacznie odnotowywać odpływ użytkowników, jak tak dalej będzie się "rozwijał". Ludziska od początku narzekali na jedenastkę, ja jakoś nie bardzo - ale zaczynam powoli dołączać do malkontentów.
Nie mam nic przeciwko pomniejszym zmianom, a większym zwykle daję szansę. Z takich jednoznacznie złych zmian - z kompletnym niezrozumieniem spotkało się u mnie usunięcie odniesienia do Menedżera zadań po ppm na pasku zadań. Jak się okazało nie tylko u mnie, bo raczkiem opcję przywrócili. Podobnie mnie wkurza (tego nie przywrócili) ograniczenie menu kontekstowego po prawokliku na pliku i bzdurna opcja "pokaż więcej opcji". Rozumiem, skąd się to wzięło, ale i tak źle to rozwiązali.
No ale teraz ilość irytujących mnie rozwiązań spowodowała, że coraz częściej włączając kompa do porannej

startuje u mnie stary dobry (oczywiście zaktualizowany do nowego, żeby nie było

) Linux. Irytację poziom hard zapoczątkowało chyba coraz bardziej natarczywe wciskanie konta Microsoft do logowania do systemu, gdzie całkowicie świadomie i wiedząc co "tracę" chcę korzystać z konta lokalnego. Następnie zaczęło się wprowadzanie AI (które obecnie pod względem sprawności jest na dużo dalszym poziomie niż pod względem konceptualizacji jak, kiedy, w jakiej formie używać) - na szczęście tu nie ma jeszcze wciskania na siłę, ale już jest podawanie na srebrnej tacy przez kelnerów ukrytych za każdym załomem ściany.
No i najnowszy pomysł MS - zmodyfikować menu Start oraz dodać okno parowania z telefonem. I jak wygląd menu szybko zmodyfikowałem nawet nie dokładnie do tego jakie było wcześniej, ale do takiej konfiguracji jaka mi odpowiada, tak dla mnie błędem kardynalnym, plaskaczem w twarz, jest sposób, w jaki MS wcisnął te dodatkowe okno "smartfonowe". Otóż nie ma tam rzecz jasna zwykłego krzyżyka jak w eksplorerze. Jest za to opcja "zamknij te okienko (czy jakoś tak), które przenosi do ustawień menu start, gdzie możliwości wyłączenia tego okienka... nie ma. Żeby je wyłączyć niezbędna okazała się wycieczka do rejestru i ręczna modyfikacja jednego z kluczy. Co zrobiłem po jakichś dwóch dniach, kiedy miałem chwilę żeby przy tym przysiąść.
Dla mnie to jest kategoryczne przegięcie. Rozumiem, że system się rozwija, nie mam nic przeciwko temu, ale chcę mieć wygodną i komfortową kontrolę nad własnym systemem, nad tym co i jak wyświetla mi się na ekranie, nad tym, z jakich funkcji korzystam, a jakie pomijam, a te świadomie pominięte mają nie zajmować mojego ekranu. I tak jak KaiQ u góry pisze, że do niektórych opcji trzeba się przeklikiwać, tak są rozwiązania uznane za istotne (i wcale nie mówię, że nie okażą się dla wielu bardzo przydatne), które są promowane w taki "akwizytorski" sposób.
Dziś bardzo dużo usług i tak jest przeglądarkowych lub jeszcze prościej - obsługiwanch w apkach na smartfonie, gry (u mnie nie tak częste, ale czasem i nockę potrafię zarwać) coraz lepiej działają na Wine, więc zmiana ekosystemu jest może nie całkowicie niezauważalna, ale chyba łatwiejsza niż kiedykolwiek. A że Linuxa i tak używam od lat, to zmiana systemu głównego zajmie mi jedną 20-sekundową wizytę w BIOSie, przepraszam, w UEFI...