|
Jechał facet samochodem, a ze samochód dobry, szybki to sobie nie żałował. Mimo, ze mokro, ślisko to na liczniku 150 km/h... 180 km/h... 220km/h...250 km/h..., aż tu nagle zakręt, za zakrętem furmanka. Nic się nie dało zrobić, jedno wielkie rozpierdziu, z furmanki drzazgi, konie latają w powietrzu, woźnicy urwało nogi. Zatrzymał sie facet po tych kilkuset metrach, i patrzy, o k...wa ,ale jatka. Nic to myśli, jatka nie jatka, może ktoś przeżył i trzeba mu pomoc. Podchodzi bliżej, a tam konie z bebechami na wierzchu, ledwo dychają. Jakoś trzeba by je dobić, co się ma gadzina męczyć. Zła pał za siekierę, która wypadła z furmanki i do jednego konia, do drugiego... pozarąbywal na śmierć. Stoi i rozgląda się, co dalej, zauważył woźnice. Woźnica na to, podciągając koc i przykrywając urwane nogi:
- Panie! Nawet mnie k...wa nie drasnęło!!!
|