pierwszy raz jak mialem 18 lat.
pojechaliśmy z kumplami w opolskie nad jezioro.
bania była nieziemska.
wieczorem popiliśmy, a rano obudziłem się w czyimś namiocie

nie zapomnę, jak kumpel w ramach zakładu walnął 3 x 125 ml spirolu (jakiś ruski exportowy do spożycia - miodzio wchodził po rozcięczeniu "jezioranką" ) w ciągu 10 minut, a potem łaził od drzewa do drzewa.
drugi chciał się umyć i wpadł do wody w ciuchach
ale najlepsze było rok później.
kupiliśmy 40 litrów spirolu w czechach na 4 osoby (woziliśmy to przez miesiąc).
nasza trasa obejmowała mazury - 2 tygodnie - jezioro narie, potem mielno 1 tydzień no i dźwirzyno też tydzień.
piliśmy 5 dni pod rząd (potem 2 dni spokoju, bo się szło wykończyć) od 16 do oporu.
meliśmy taką jazdę, że wystarczyło rano napić się herbaty, żeby mieć banię

pomyśleć, jakie laski są dziwne.
wystarczyło im zaproponować popijawę i już była jazda.
nie zapomnę naszych drinków: 8 jednostek alkoholu i 2 jednostki czegoś na zabarwienie.
teraz człowiek "trochę' się ustatkował.
już nie ma takich maratonów
swoją drogą, to dziwne uczucie, mieć wyrwanych kilka godzin z życiorysu